Niebo jest tam, gdzie my

Słowo „Dom” kojarzy mi się z ciepłem, spokojem i radością. Jeśli Niebo uznamy za nasz duchowy Dom, to czym jest Ziemia? Czy jest czymś oddzielonym od Nieba? Jeśli Ziemia jest również naszym domem, to dlaczego cierpimy we własnym domu? A jeśli nie jest naszym domem, to czy da się kiedykolwiek wrócić do Domu przez duże „D”?

Jeśli założymy, że Ziemia jest czymś oddzielonym od Nieba – od duchowego stanu pełni, błogości i pokoju – to według mnie nie da się powrócić do Domu. To nie znaczy, że nie próbujemy. Wszystkie nasze wysiłki, by osiągać wzniosłe stany transcendencji, by uciekać od ograniczeń ciała to jedne z wielu sposobów, w jakie umysł stara się powrócić do Raju, który – jak mu się wydaje – utracił. I wszystko nadaremnie.

Dlaczego nadaremnie? Może dlatego, że nie da się doświadczyć pokoju będąc w stanie konfliktu. Bo czyż nie jest konfliktem dążenie do jakiegoś cudownego stanu w przyszłości w oparciu o założenie, że czegoś nam brakuje w chwili obecnej i że dopiero dotarcie do celu naszych dążeń da nam spełnienie? Czyż nie jest konfliktem próba ucieczki od miejsca, w którym się jest TERAZ?

A gdzie tak naprawdę jesteśmy teraz? Czy jesteśmy na Ziemi, marząc o Niebie? A może jesteśmy w Niebie śniąc, że jesteśmy na Ziemi? W jednym i drugim przypadku umysł wydaje się rozdwojony, nie pamiętając, kim jest. Albo zapomina, że jest istotą duchową, całkowicie odurzając się materią, albo próbuje powrócić do swego duchowego dziedzictwa, odrywając się od materii – czy to poprzez śmierć, czy to poprzez „duchowe” próby odłączania się od fizycznych ograniczeń.

Gdy potrafimy już rozpoznać, że nie da się zakończyć oddzielenia poprzez dalsze oddzielanie się ani położyć kresu konfliktowi będąc w stanie konfliktu, to może by tak zrobić coś zupełnie innego: może po prostu przestać się oddzielać, przestać walczyć z samym sobą i zakończyć ten bezsensowny konflikt poprzez rozpoznanie, że Niebo nie jest w innym miejscu czy w innym czasie, lecz jest ono dokładnie tu gdzie my. Tak, nawet Ziemia, nawet materialna rzeczywistość nie jest oddzielona od Ducha, chyba że postanowimy postrzegać oddzielenie.

Ziemia jest bardzo specyficznym miejscem. Jako nieskończenie wolne dusze przyszliśmy tu, aby się bawić, ale z jakiegoś powodu zapomnieliśmy, że mieliśmy się bawić. Wzięliśmy się bardzo na poważnie. Zapomnieliśmy, że jesteśmy istotami duchowymi na placu zabaw. Utożsamiliśmy się z materią i z naszymi myślami na swój temat. I tak powstał sztuczny rozdział między Niebem a Ziemią.

Teraz możemy jednak ten rozdział zakończyć, przypominając sobie, że Niebo nie jest jakimś miejscem, lecz stanem świadomości, w którym panuje doskonały pokój. Doskonały pokój panuje tam, gdzie nie ma oddzielenia. Gdy więc przestajemy oddzielać się od samych siebie, czyli od tego, co czujemy, gdy przestajemy nakładać na to, co czujemy, interpretację umysłu i po prostu pozwalamy sobie być z tym, co jest, bez opierania się, bez prób naprawiania, bez projekcji naszych lęków, gniewów i smutków na świat – słowem gdy akceptujemy w pełni nasze ziemskie doświadczenie, wówczas umysł się integruje. Zamiast myśleć na temat tego, jak mu jest źle, po prostu pozwala sobie to w pełni poczuć w ciele swoje doświadczenie. Można powiedzieć, że po raz pierwszy świadomie się wciela. I wówczas wydarza się cud. Doświadczenie gniewu, lęku czy smutku – w pełni przeżyte – zamienia się w nieopisaną błogość, pokój i radość. W ten sposób Niebo przychodzi na Ziemię. Lub inaczej mówiąc: my uświadamiamy sobie, że przynieśliśmy Niebo ze sobą, wcielając się tutaj.

Rozpoznajemy, że nigdy nie przestaliśmy być istotami duchowymi. Nie potrzebujemy ani transcendentalnych doświadczeń, ani śmierci, by sobie to przypomnieć. Cielesne kostiumy, w które na chwilę się ubraliśmy w tym wielkim spektaklu życia, nie definiują tego, czym jesteśmy. To tylko chwilowe doświadczenie, które wybraliśmy. Nie ogranicza ono w żadnym stopniu naszej duchowej rzeczywistości. Gdy przestajemy traktować ciało jako ograniczenie, a zaczynamy je traktować jako kanał dla przepływu miłości lub też duchowej komunikacji, wówczas kończymy konflikt z samym sobą. Przestajemy czynić z ciała kozła ofiarnego wszystkich naszych niespełnionych oczekiwań. Akceptujemy bowiem to, co jest, takim jakim jest, i w ten sposób dajemy sobie miłość, której nadaremnie szukaliśmy na zewnątrz. A dając sobie w ten sposób miłość, przekraczamy nasze fałszywe poczucie oddzielenia.

Nasza oświeceniowa podróż staje się wówczas niezwykle prosta. Zamiast próbować się uwolnić od Ziemi i doświadczyć światła gdzieś w zaświatach, schodzimy na Ziemię w pełni. Akceptujemy, że skoro tu przyszliśmy, to nie po to, żeby odrzucać doświadczenie, które wybraliśmy, lecz po to, aby je w pełni objąć. I właśnie poprzez objęcie naszego aktualnego doświadczenia oraz uczuć, jakie ono wzbudza, rozpoznajemy, że nie ogranicza nas świat, lecz nasze jego postrzeganie. Gdy uwalniamy świat od naszych osądów, zaczynamy doświadczać wolności. Gdy już nie szukamy światła na zewnątrz nas – w innym miejscu czy czasie – rozpoznajemy, że światło już tu jest. My jesteśmy światłem. My jesteśmy celem, którego szukamy. My jesteśmy oświeconymi mistrzami, którzy na chwilę zapomnieli o tym, kim są, ale teraz sobie przypominają.

To przypomnienie sprawia, że możemy przejawiać to, czego naprawdę pragniemy. W zasadzie i tak zawsze to czyniliśmy, tyle że nieświadomie. Zawsze otrzymywaliśmy to, czego pragnęliśmy, nawet jeśli było to doświadczeniem skrajnego ograniczenia i utożsamienia z materią. Teraz jednak możemy powstać jako świadomi twórcy naszej rzeczywistości. Możemy tworzyć to, co dobre, nieograniczone i piękne poprzez pamiętanie, że nie jesteśmy oddzielonymi istotami zagubionymi gdzieś wśród gwiazd, lecz jesteśmy na zawsze jednym z Bogiem, naszym Źródłem, stworzeni na Jego podobieństwo, doskonali, wieczni i wolni.

Gdy w ten sposób kończymy pozorne rozdwojenie w naszych umysłach, przestajemy wierzyć, że Ziemia i Niebo istnieją jako odrębne stany. Doświadczamy tego, że Niebo jest tutaj. Gdy patrzymy na drugiego człowieka, na drzewo, na kamień, zaczynamy widzieć, że są czymś daleko większym niż zlepek atomów. Są żywe i święte. Są świadomością. W ten sposób nasze materialne doświadczenie staje się energetycznym doświadczeniem duchowej komunii z całym stworzeniem. Można powiedzieć, że nasze życie zamienia się w swego rodzaju szczęśliwy sen. Wciąż wydajemy się chodzić po świecie, ale nie mamy już w sobie konfliktu. Wiemy bowiem, że nie jesteśmy oddzieleni od nikogo ani od niczego. W ten sposób przypominamy tym, którzy jeszcze wierzą w oddzielenie, że nie muszą już szukać szczęścia, nie muszą już walczyć o swoje, nie muszą się zmagać. Mogą po prostu odprężyć się w tym, co my wiemy, że jest prawdą o nich. I gdy w ten sposób wystarczająca ilość pozornie oddzielonych umysłów rozpoznaje swoją jedność, możemy przez krótką chwilę w czasie doświadczać harmonijnego współistnienia w tym fizycznym wymiarze. Możemy śnić przez chwilę razem ów szczęśliwy sen o Niebie na Ziemi.

Czy ten sen potrwa długo? To nie ma znaczenia, gdyż wszystko, co się zaczyna w czasie, kończy się w czasie. Nie ma co się przywiązywać do formy szczęśliwego snu. Z drugiej strony, nie chodzi też o to, żeby tę formę odrzucać. Materialna forma szczęśliwego snu, w którym żyjemy w harmonii z przyrodą, w którym nasze relacje zostają naprawione, a nasze ciała nie odgrywają już dłużej naszego konfliktu, może być po prostu świadectwem, że przebaczyliśmy sobie naszą własną szaloną myśl o oddzieleniu.

A gdy przebaczenie jest kompletne, wtedy nawet potrzeba szczęśliwego snu ostatecznie się kończy i możemy się przebudzić do naszej wiecznej, pozaczasowej, pozamaterialnej rzeczywistości. Paradoksalnie dzieje się to spontanicznie, gdy już nie walczymy z tym, co materialne, ani nawet nie próbujemy się od tego uwolnić, lecz w pełni to obejmujemy. To, co objęte, to, co przebaczone, to, co w pełni doświadczone, w świadomej czułej obecności, już dłużej nas nie trzyma. Możemy tego przez chwilę używać, ale możemy też to puścić. Jesteśmy wolni.

Artykuł ten jest kopią wpisu, który opublikowałem 15 marca 2019 r na blogu www.przemianaumyslu.pl.