Ocena innych nie ma znaczenia

Żyjemy w społeczeństwie nastawionym na osiąganie rezultatów, wystawianie ocen i dokonywanie porównań. Uczymy się mierzyć własne poczucie wartości tym, jak jesteśmy oceniani przez innych. Staramy się więc prezentować dobry wizerunek, by wypaść jak najlepiej, by zyskać uznanie świata. Cieszymy się, gdy jesteśmy dobrze oceniani, a trudniej nam się odbiera ocenę negatywną. Co by było jednak, gdybyśmy uświadomili sobie, że ocena innych (zarówno pozytywna, jak i negatywna) nie ma żadnego znaczenia?

W głębi serc każdy z nas wie, że o naszej wartości nie stanowi ocena innych, lecz sam fakt, że istniejemy. Tej wartości nikt nam nie może odebrać.

Przyzwyczailiśmy się jednak do myślenia, że o naszym poczuciu „ja” decyduje przynależność do określonej wspólnoty (rodzina, grupa społeczna, grono przyjaciół, narodowość), a obawa przed złą oceną, strach przed wykluczeniem czy lęk przed samotnością są swego rodzaju odbiciem obawy przed unicestwieniem owego „ja”.

Co by było gdybyśmy jednak na chwilę pozwolili sobie przystanąć i w pełni poczuć tę obawę? Co by się stało, gdybyśmy pozwolimy sobie zostać „unicestwieni” w naszym poczuciu przynależności do grupy? Co było, gdybyśmy pozwolili sobie na bycie „negatywnie” ocenionym zamiast zabiegać o pozytywną ocenę lub bronić się przed negatywną?

Moje doświadczenie jest takie, że gdy pozwalam sobie być osądzonym przez świat i naprawdę poczuć uczucie, jakie się z tym wiąże, wówczas docieram do sedna lęku ego – lęku o przetrwanie odrębnej tożsamości. Tak, to właśnie na owym wyczuleniu na osądy „innych” – czyli de facto na moim osądzie siebie samego względem „innych” – opierała się cała konstrukcja mojej wiary w oddzielenie. Gdy pozwalam sobie poczuć ów lęk przed oceną, który jest tak naprawdę lękiem przed rozpadem tożsamości, i już się przed tym nie bronię, nagle doświadczam, że moje ego umiera.

I okazuje się, że to wcale nie jest takie straszne. Wręcz przeciwnie, jest w tym ogromna wolność. Rozpoznaję wówczas, że osądy innych nie miały nigdy żadnego znaczenia. Mój osąd siebie, który zawsze w jakiś sposób odnosił się do innych (poczucie niegodności, perfekcjonizm, itp.) również był bez znaczenia.

Z rozpoznania tego płynie ogromny pokój. Nie trzeba już bowiem szukać uznania innych, nie trzeba zabiegać o ich miłość i aprobatę. Można się po prostu rozluźnić w prostej świadomości, że moje Jam Jest, moje Istnienie jest nienaruszalne i wieczne, a wszelkie osądy są jak przemijające chmury na niebie mojego Umysłu. Mogę pozwolić chmurom przeminąć. Mogę pozwolić, aby mój sen o oddzieleniu się skończył.

Gdy to robię, uświadamiam sobie, że tak naprawdę nikt nigdy mnie nie osądzał. Zawsze byłem tylko ja w swoim własnym umyśle. A cały świat był jedynie neutralną sceną do odgrywania ról i doświadczeń, które wybrałem. Wszyscy i wszystko dostarczało mi jedynie okazji do szerzenia miłości. Nikt mi nigdy nic nie zrobił ani ja nigdy nikomu nic nie zrobiłem. Świat jest całkowicie niewinny.

Gdy rozpoznaję niewinność wszystkiego i wszystkich (łącznie ze swoją własną), wszelkie moje działanie nie wynika już z uwarunkowania społecznego – z tego, co powinienem zrobić, z próby wpływania na ocenę „innych”, zadowalania ich czy myślenia o tym, co sobie o mnie pomyślą. Od tej pory działanie wypływa z czystej inspiracji, z podążania za pragnieniem serca, z radości przejawiania się, z przyzwolenia na przepływ miłości przez oczyszczony z fałszywych przekonań kanał, jakim staje się dla Ducha ciało-umysł – ów kostium, czy też pojazd, w którym poruszam się po tym świecie.