Artykuły

„Po owocach ich poznacie” – czyli o autentycznej i powierzchownej duchowości

Autentyczna duchowość wprowadza świadomość do codziennego życia. Człowiek duchowy nie tylko mówi o Miłości, ale jest tym, co mówi w swoich myślach, uczuciach i działaniach. Cechą charakterystyczną fałszywej czy też powierzchownej duchowości jest z kolei uciekanie w duchowe koncepcje lub doświadczenia po to, by uniknąć pełnej odpowiedzialności za swoje myśli, uczucia i działania. I w jednym i drugim przypadku jesteśmy poznawani po owocach. Owocem autentycznej duchowości jest pokój umysłu. Owocem powierzchownej duchowości jest wewnętrzny konflikt, który może jednak przykrywać fasada czy też pozór spokoju.

Duchowość w ostatnich dziesięcioleciach stała się modna. W internecie, w księgarniach ezoterycznych i na różnego rodzaju warsztatach można się zapoznać z wszelkiego rodzaju metodami rozwojowymi, z których każda wydaje się prezentować najlepszą receptę na szczęście i spełnienie. Nauczyciele duchowi proponują swoje ścieżki do Boga, które niekiedy są pomocne, a czasem okazują się ślepymi zaułkami. Jak więc to jest z tą duchowością? Czy faktycznie pomaga w rozwoju świadomości, czy może wręcz go hamuje? Na podstawie swoich wieloletnich doświadczeń i obserwacji opowiem krótko o pułapkach duchowości oraz o podstawach autentycznej duchowości.

Duchowość” jako odskocznia od życia
Zacznijmy od zastanowienia się, czego ludzie szukają w duchowości. Myślę, że przede wszystkim pragną ODPOWIEDZI na dylemat, w jakim się znajdują, na problem odrębnego „ja”, na ból emocjonalny lub na chorobę fizyczną, czyli generalnie na cierpienie. Chcą odskoczni od tego, gdzie się znajdują. Tak było ze mną. Nie podobał mi się świat, w którym istniał konflikt. Chciałem pokoju. Na początku nie rozumiałem, że pokoju i spełnienia nie da się znaleźć poprzez ucieczkę od tego, co było pod moim nosem. A więc uciekałem. Uciekałem w światło, uciekałem w duchowość. Droga ta miała wprawdzie jeden pozytywny skutek: dzięki niej zrozumiałem i doświadczyłem tego, że istnieje alternatywa dla materializmu i sztywnego ludzkiego racjonalizmu. Alternatywą tą było otwarcie mojego umysłu na świat Ducha, w którym zaznałem przebłysków bezwarunkowej miłości. Były to jednak zaledwie przebłyski, co zrozumiałem dopiero później.

Negatywnym skutkiem mojej ucieczki w duchowość było oderwanie od codzienności, którą wtedy oceniałem negatywnie. Poprzez poszukiwanie spełnienia w duchowych ekstazach przestałem widzieć i doceniać piękno i doskonałość tej obecnej chwili. Obieranie marchewek było za mało duchowe. Zwyczajne ludzkie życie było za mało duchowe. Chciałem czegoś większego, lepszego. Sęk w tym, że to LEPSZE, PRAWDZIWE, SPEŁNIONE nie mogło zaistnieć, dopóki nie „objąłem własnego cienia”. Dopiero gdy to zrobiłem, zacząłem rozumieć różnicę między powierzchowną a szczerą i głęboką duchowością. Myślę, że największą pułapką pseudo-duchowości jest właśnie próba ucieczki przed własnym cieniem – przed tym, czego w sobie samych nie akceptujemy. Tego typu duchowość nie różni się wiele od innych towarów i usług dostępnych w świecie, które są w stanie chwilowo poprawić nasz nastrój, ale nie uzdrawiają przyczyny problemu.

Duchowość” jako poszukiwanie
Dopóki człowiek nie spojrzy w głąb samego siebie – czyli tam, gdzie jest zarówno problem, jak i rozwiązanie – to stawia się w pozycji wiecznego poszukiwacza. Ciągle próbuje znaleźć odpowiedź na zewnątrz siebie. Czyta kolejne książki, szuka innych nauczycieli, znajduje nowe religie lub warsztaty duchowe, wymyśla najróżniejsze metody uzdrawiania siebie. Nie chodzi o to, że coś jest nie tak w tego typu zachowaniach, gdyż zarówno książki, kursy duchowe, nauczyciele i metody mogą służyć rozwojowi świadomości i przebudzeniu. Jeżeli jednak człowiek używa ich tylko po to, żeby przez chwilę poczuć się lepiej – bez wzięcia pełnej odpowiedzialności za swoje myśli, uczucia i zachowania – to wszystkie te narzędzia, zamiast być pomocnym przypomnieniem prawdy, która jest w nim samym, stają się substytutem prawdy, którą ciągle widzi na zewnątrz. I w ten sposób duchowy poszukiwacz uzależnia się od narzędzi i rozpowszechniających je nauczycieli i guru, którzy często okazują się fałszywymi prorokami. To w nich wciąż szuka zbawienia, zamiast uznać, że cała Boska wiedza jest już w nim samym.

Duchowe ego
Czy zdarzyło ci się spotkać kogoś, kto ma dużo intelektualnej wiedzy na temat duchowości, ale nie ucieleśnia tej wiedzy w swoim codziennym życiu? Duchowość rozumiana jako zbieranie informacji bez ich zastosowania w codzienności to jedna z form unikania prawdziwej przemiany. Intelektualna wiedza często bowiem pozwala się ukryć za tym, co człowiek wie, bez obnażenia, poczucia i przemienienia nieświadomych wzorców, przekonań i lęków, które leżą pod spodem.

Duchowe ego niekoniecznie musi mieć dużą wiedzę, ale z pewnością myśli, że wie. Często gra rolę nauczyciela lub uzdrowiciela, choć samo nie jest uzdrowione. Próbuje w ten sposób użyć innych do tego, by poczuć się bardziej uznanym i kochanym. Szuka miłości na zewnątrz, ponieważ nie znalazło jej w pełni w sobie. Duchowe ego nie jest czymś złym. To etap rozwoju czy też forma doświadczenia. Sam przechodziłem ten etap i wiem, ile wysiłku wymaga próba utrzymania „duchowej tożsamości”, która dobrze wygląda na zewnątrz, ale niekoniecznie w środku. Ostatecznie uświadomiłem sobie, że aby pójść dalej swojej przemianie, muszę ową tożsamość – owo duchowe ego – puścić i przekroczyć. I dopiero, gdy to zrobiłem, poczułem wolność od lęku i radość autentyczności.

Duchowość rytualna
Stosowanie rytuałów może być na pewnym etapie rozwoju duchowego pomocne i wydaje się ważną częścią ludzkiego sposobu wyrażania duchowości. Można powiedzieć, że wszystko, co robimy w powtarzalny sposób, staje się swego rodzaju rytuałem. Jeśli jednak przywiązanie do rytuałów religijnych i duchowych oraz różnego rodzaju rekwizytów (świętych obrazów, kamieni, amuletów, talizmanów, itp.) zastępuje głębię wewnętrznej przemiany lub uznanie własnej mocy, to rytuały i rekwizyty nie tylko nie wspierają rozwoju, ale wręcz go hamują.

W mojej przemianie ulubionym rytuałem przez wiele lat była codzienna praktyka lekcji Kursu Cudów. Traktowałem te lekcje jako radosne przypomnienia tego, czym naprawdę jestem. W pewnym momencie zdałem sobie jednak sprawę, że tak bardzo przyzwyczaiłem się do praktykowania lekcji i do samego Kursu w swoim życiu, że w pewnym sensie przygasiłem w sobie naturalne przewodnictwo Ducha płynące z głębi serca. I wtedy zdecydowałem się odłożyć Kurs jako formę praktyki i słuchać jedynie wewnętrznego przewodnictwa, do którego zresztą Kurs mnie przez lata przygotowywał.

Channelingi
W absolutnym sensie można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy swego rodzaju kanałem dla Życiowej Energii płynącej ze Źródła naszego Istnienia. Jeśli kanał jest przyblokowany, to projektujemy lęk, a jeśli czysty – to szerzymy Miłość. Istnieją też specyficzne rodzaje channelingów, w którym człowiek pozwala, aby jego umysł i/lub ciało było używane przez istoty pozaziemskie, czy pozamaterialne, w celu przekazania określonej informacji. Nie chcę w tym miejscu mówić o wartości i sensowności tego typu przekazów, bo istnieje ich całe spektrum – od bardzo wartościowych, czystych i pomocnych przez mocno zniekształcone osobistą percepcją channelującego po zupełnie bezwartościowe i szkodliwe. Spójrzmy jednak przez chwilę na to, co robi z channelingami powierzchowna ludzka duchowość. Najczęściej podchodzi do nich bezkrytycznie jako do źródła absolutnej wiedzy, zamiast sprawdzić w swoim sercu, czy to, co słyszy, naprawdę z nim rezonuje. Dotyczy to zarówno osób, które słuchają channelingów, jak i channelujących, które niekiedy nie sprawdzają źródła przekazów i zamiast samemu wziąć odpowiedzialność za to, co mówią, przerzucają odpowiedzialność na domniemane źródło. W tym sensie channeling może stać się formą „odlotu”, ucieczką od czucia i własnego głębokiego rozeznania. Podam przykład:

Rozmawiałem kiedyś przy stole z osobą zajmującą się channelingami dla ludzi i powiedziałem coś, co podważało nieco światopogląd tej osoby. Chwilę później osoba ta zupełnie nieproszona zaczęła dla mnie rzekomo channelować Jeszuę (Jezusa). O ile niektóre z jej wcześniejszych channelingów ze mną rezonowały, o tyle ten był wyraźnie naznaczony wzburzeniem i emocjami. Było dla mnie jasne, że nie mam tu do czynienia z czystym przekazem, lecz z projekcją przekonań tego człowieka. Zamiast poczuć swój opór i lęk przed tym, co ode mnie usłyszał, posłużył się „channelingiem”, aby obronić swoją rację. Łatwiej mu było schować się za rzekomym źródłem przekazu niż samemu zmierzyć się z własnym osądem i lękiem. Usłyszawszy ten przekaz, zobaczyłem wyraźnie, jaką pułapką mogą być tzw. channelingi. Osoba channelująca lub odbiorca channelingu może bowiem wierzyć, że słyszy np. przekaz wniebowstąpionego mistrza, podczas gdy tak naprawdę słucha tylko projekcji poglądów osoby channelującej albo podczepionych pod nią istot astralnych. Dlatego też jeśli słuchamy jakichkolwiek channelingów, warto zawsze być mocno osadzonym we własnym sercu, zamiast ślepo wierzyć w to, co słyszymy.

Duchowość nastawiona na rezultat
Kolejną pułapką duchowości może być nastawienie na rezultat. Wynika ono z podświadomej wiary w oddzielenie, a co za tym idzie – z założenia, że w nas lub w kimś innym jest jakiś błąd, jakiś defekt, który trzeba poprawić. Jak pewnie zauważyłeś, we współczesnym „duchowym” świecie modne jest wszelkiego rodzaju uwalnianie, oczyszczanie i uzdrawianie. Nie zrozum mnie źle; nie twierdzę, że jest coś złego w chęci uwalniania, oczyszczania lub uzdrawiania. Jeśli jednak u podłoża tej chęci leży założenie, że coś jest nie w porządku z nami lub z kimś innym, to zaczynamy od błędnej przesłanki. W istocie bowiem nic nie jest z nami nie w porządku i każdy prawdziwy uzdrowiciel to wie. Właśnie dlatego może pomóc.

Gdy słyszę, jak ktoś mówi, że widzi taką a taką energię w czyichś czakrach, takie a takie aury, że wyrzuca z kogoś demony, że czyści jego historię rodową lub przeszłe wcielenia i dokonuje zmian w czyimś polu energetycznym, to patrzę na to z przymrużeniem oka. Po pierwsze dlatego, że nie jestem zwolennikiem poprawiania siebie lub innych. Po drugie – ktoś może ci mówić, że coś widzi lub czuje, ale to jest tylko jego postrzeganie i wcale nie musi to być twoją prawdą. Zawsze więc warto spytać się we własnym sercu, czy to, co mówi uzdrowiciel, rezonuje z tym, co czujesz. Prawda bowiem jest taka, że żaden, nawet najbardziej światły człowiek, nie może powiedzieć ci, kim jesteś.

Jeśli chcielibyśmy być ze sobą absolutnie szczerzy, to musielibyśmy przyznać, że cała duchowość nastawiona na pomaganie innym, jest w zasadzie podszyta jakąś formą wiary w oddzielenie. Czy mielibyśmy bowiem potrzebę pomagania innym, gdybyśmy wiedzieli z absolutną pewnością, że są doskonali, że doświadczają jedynie tego, czego sami pragną i że nie ma między nami a nimi żadnego oddzielenia?

Czy to znaczy, że każda forma pomagania innym jest przykładem powierzchownej duchowości? Niekoniecznie. Chodzi raczej o to, w jaki sposób pomagamy i po co pomagamy. Jeśli nie pomagamy po to, by nasze ego poczuło się lepiej jako „pomocnik”, czy „uzdrowiciel” lub po to, by naprawić w kimś jakiś błąd, lecz tylko dlatego, że po prostu jesteśmy Sobą jako uosobienie i obecność Miłości, wówczas możemy faktycznie pomóc. Jeśli naszą uwagę skupiamy na patrzeniu na wskroś iluzji i widzeniu doskonałości drugiej istoty, wówczas taka pomoc jest prawdziwa.

Duchowość jako rozproszenie i gra umysłu
Podsumowując można powiedzieć, że fałszywa duchowość często staje się formą rozproszenia czy też odwrócenia uwagi od tego, co istotne. Szukając Boga, zapominamy, że On jest tutaj. Staramy się Go znaleźć we wzniosłych stanach świadomości, w rytuałach, w zdobywaniu wiedzy lub osiąganiu rezultatów, nie zauważając, że nasze codzienne życie jest naszą drogą do Boga. Gdy zaś próbujemy naprawić jakiś błąd w sobie lub innych, wzmacniamy tylko przekonanie, że oddzielenie jest prawdziwe.

Powierzchowna duchowość jest formą ucieczki dlatego, że kieruje nią wylękniony rozdwojony umysł, a nie przebudzone serce. O ile ból może być początkiem rozwoju duchowego, gdyż rodzi pragnienie zmiany, o tyle próba dokonania zmiany przez ucieczkę od czucia tego, co jest, hamuje rozwój, gdyż opiera się na oporze, osądzie i lęku. Umysł, który się opiera temu, co jest, dążąc do lepszych, rzekomo bardziej duchowych stanów, nie pozwala na naturalną przemianę świadomości, która dzieje się w samym środku życia, w samym centrum naszej ciemności, dokładnie tam, gdzie nie chcemy patrzeć.

Można powiedzieć, że cała duchowość jest swego rodzaju grą. O ile powierzchowna duchowość jest typową grą intelektualnego umysłu, to autentyczna duchowość jest nowym rodzajem gry, który patrzy na wskroś iluzji i kończy zabawę w oddzielenie.

Czym jest dla mnie autentyczna duchowość?
Moja droga do autentycznej duchowości nie jest jeszcze skończona. Nadal zdarza mi się potykać w drodze, ale przynajmniej wiem dokąd idę i na przykładzie własnych doświadczeń poznałem różnicę między powierzchowną a prawdziwą duchowością. Z każdym dniem staje się dla mnie coraz bardziej jasne, że duchowość jest dużo prostsza niż sugerowałoby to mnogość dostępnych ścieżek, metod i nauczycieli. To, jacy naprawdę jesteśmy w naszej codzienności, czyli jakie przynosimy owoce, pokazuje nam, jak duchowi naprawdę jesteśmy. Dobrze jest pamiętać, że duchowość to nie wyścig, ani licytacja o to, kto jest bardziej „rozwinięty”, lecz raczej zwyczajne uznanie duchowego aspektu naszego istnienia i pozwolenie, aby przenikał on każdy aspekt naszego życia.

Dla mnie osobiście duchowość przestała być już szukaniem specjalnych stanów świadomości, ekscytacją doznaniami, czy wznoszeniem do światła. Duchowością stało się po prostu moje codzienne życie przeżywane świadomie. Nie utożsamiam się z materią, ale też od niej nie uciekam. Dzięki temu od kilka lat zaczynam coraz mocniej doświadczać, jak Niebo i Ziemia łączą się w moim doświadczeniu. Nie ma dla mnie nic bardziej duchowego niż TA CHWILA w pełni zaakceptowana bez żadnego osądu. Nie potrzebuję specjalnych warunków, by do tego stanu dotrzeć. On jest dostępny tu i teraz.

Czy to oznacza, że w moim codziennym życiu nie pojawiają się już silne emocje i że moja codzienność jest oazą spokoju? Bynajmniej. Ale teraz wiem, co z emocjami robić. Nie potępiam ich ani nie zamiatam pod dywan, lecz pozwalam je sobie poczuć bez osądu w ciele jako niewinne strumieni energii. Dzięki temu doświadczam namacalnej przemiany swojego życia i uczuć. Nie tworzę fasady spokoju przez ucieczkę od emocji, lecz czuję spokój, jaki płynie z objęcia wszystkich strumieni energii.

Co ciekawe – o ile kiedyś uciekałem od rodzinnego życia w duchowość, o tyle teraz traktuję swoją rodzinę oraz relacje z bliskimi jako najlepsze pole doświadczania, w którym sprawdza się, pogłębia i ugruntowuje moja duchowość. Nikt nie jest w stanie lepiej poruszyć w nas czułych strun od tych, którzy znają nas najlepiej. Przed nimi nie da się udawać świętego. Ale jakąż radość budzi doświadczenie świętości tam, gdzie jeszcze przed chwilą wydawała się istnieć ciemność.

Nie chcę powiedzieć, że wszystkie relacje muszą być wieczne, bo wszystko w czasie się kończy. Czasem aby pójść naprzód, trzeba pewne relacje „puścić”. Uwolnienie od utożsamienia z rolą matki, ojca, dziecka, męża, żony też jest częścią duchowej drogi, ponieważ tak naprawdę nie jesteśmy żadną z tych ról. Rzecz nie jest jednak w tym, czy puścić, czy nie, ale jak puścić. Jeśli kończymy jakiś związek tylko dlatego, że nie chcemy się zmierzyć z ukrytym w nas lękiem, to możemy być pewni, że ten sam lęk zabierzemy do kolejnego związku, w którym sami stworzymy sobie nową okazję do uzdrowienia tego, przed czym uciekliśmy wcześniej. Jeśli jednak kończymy relację dlatego, że wszystko, co miało się w niej zadziać, już się zadziało, to zakończenie takiej relacji nie jest ucieczką, lecz przyzwoleniem na naturalną kolej rzeczy.

Jest jeszcze inny rodzaj „puszczania”, który praktykujemy z żoną w stosunku do siebie i do naszego dziecka: Jest to uwalnianie siebie nawzajem od sztywnego przywiązania do ról oraz oczekiwań, ale bez kończenia relacji. Dzięki temu – choć nadal jesteśmy mężem, żoną i rodzicami – jesteśmy też przyjaciółmi i niezależnymi wolnymi duszami, które nie trzymają siebie na uwięzi, a jedynie wspierają się w drodze swoją obecnością. To nie znaczy, że zawsze było nam łatwo. Być może kiedyś napiszę coś więcej o drodze przemiany naszego związku, który na zewnątrz mógł się wielu wydawać święty, ale wcale taki nie był. Od kilku lat jednak – dzięki spojrzeniu jeden na drugiego z poziomu duszy, a nie z ego – doświadczamy, jak staje się święty. Czujemy też namacalnie, jak właśnie nasza relacja dostarcza nam okazji do wyjścia ze starych ról kata i ofiary i – poprzez „dokochanie” samych siebie – stania się mistrzami własnego życia.

Jaki jest człowiek duchowy?
Powiem teraz krótko, po czym – moim zdaniem – można rozpoznać autentyczną duchowość:
– Człowiek duchowy nie ucieka od codziennego życia do świata ducha, gdyż wie, że świat ducha nie jest oddzielony od tego, co znajduje się przed nim w tej chwili. Człowiek duchowy nie narzeka na życie, lecz cieszy się nim, znajdując radość i spełnienie nawet w najprostszych, najbardziej prozaicznych czynnościach. Picie herbaty, spacer w lesie, rozmowa z drugim człowieka są dla niego nie mniej duchowe niż medytacja czy modlitwa. Można wręcz powiedzieć, że te codzienne czynności stają się jego medytacją i modlitwą.
– Człowiek duchowy nie ucieka w światło, ale przynosi światło do swojej ciemności. Obejmując swój cień, przemienia go i transformuje.
– Człowiek duchowy JEST tym, co mówi, albo przynajmniej dąży do tego stanu. Można go poznać po jego owocach.
– Człowiek duchowy wie, że jest twórcą. Nie gra więc roli ofiary, lecz bierze pełną odpowiedzialność za swoje uczucia, myśli i czyny, a także postrzeganie świata.
– Człowiek duchowy kieruje się sercem, ale jednocześnie ani umysł, ani ciało nie są jego wrogami, lecz narzędziami, których po prostu chwilowo używa. Dzięki temu pozwala on na integrację ducha, umysłu i ciała w codziennym życiu.
– Człowiek duchowy jest obecny. Zamiast skupiać się na przeszłości czy przyszłości, żyje tu i teraz lub przynajmniej powraca do teraźniejszej obecności jako ważnego aspektu swojej praktyki.
– Człowiek duchowy nie broni swojej percepcji rzeczywistości i swoich „duchowych” koncepcji. Nie stwarza fasady duchowego człowieka, gdyż wie, że fasada jest niczym, a głęboka szczerość i autentyczność są wszystkim.
– Jeśli człowiek duchowy coś wie, to jest to uwewnętrzniona komórkowa wiedza, a nie duchowe koncepcje. W swoich decyzjach więc nie opiera się on na zbiorze intelektualnych informacji, lecz na głębokim kontakcie z ciałem i tym, co Duch w nim mówi poprzez ciało.
– Człowiek duchowy nie musi nazywać samego siebie oświeconym, ponieważ wie, że oświecenie to nie etykieta, która wyróżnia go z tłumu, lecz prosta rzeczywistość jego istnienia, do której dostęp mają wszyscy.
– Człowiek duchowy nie jest idealny. Znajduje się w drodze swojego rozwoju i dzięki pokorze potrafi uznać swoje błędy i się na nich uczyć;

Jeśli nie spełniamy któregoś z powyższych warunków, to nie znaczy, że jesteśmy nieduchowi. Duchowość nie jest statyczna. To proces przemiany, w której możemy napotykać trudniejsze chwile. Gdy tak się dzieje, wiemy, co robić. Zamiast opierać się temu, co jest, lub stwarzać pozory spokoju, podczas gdy wewnątrz nas szaleje burza, możemy przyzwolić na poczucie emocji w ciele i dzięki temu je przemienić. Pozwólmy więc sobie na autentyczną duchowość, która wypływa z szczerości wobec samych siebie, zamiast okopywać się za murami fałszywej oddzielonej od życia duchowej fasady.