O wyrażaniu swojej prawdy

W tym artykule chcę powiedzieć coś o miłości do siebie, o nietłumieniu niewinnych energii, jakie chcą w nas płynąć (nawet jeśli jest to energia gniewu, leku czy smutku), o byciu szczerym i wyrażaniu swojej prawdy. Wygląda na to, że jest to temat niejednoznaczny i nie zawsze zrozumiały, sądząc po jednym z komentarzy, jaki otrzymałem po moim nagraniu o „Końcu historii”.

Dla jasności przypomnę, że w nagraniu mówiłem między innymi o pozytywnym użyciu energii gniewu do wyrażania swojej prawdy. Podałem dwa przykłady. Oto pierwszy z nich: Gdy dzwoniła do mnie osoba, błagająca o pomoc w trakcie, gdy byłem umówiony do wyjścia z domu, natychmiast wszedłem w tryb pomagania, zapominając o innych swoich zobowiązaniach. Gdy później mój przyjaciel Dave zapytał się mnie, czy czułem całkowitą radość i pokój, godząc się na tę rozmowę, musiałem szczerze przyznać, że gdzieś w tle świadomości czułem irytację. Gdybym wykorzystał tamten moment, żeby skontaktować się z tym, co czuję – czyli nawiązał łączność z energią gniewu w sobie – mógłbym ją użyć w pozytywny sposób, grzecznie ale stanowczo odpowiadając tej osobie, że teraz nie mogę rozmawiać, ale że na przykład możemy porozmawiać o określonej porze później lub innego dnia. Reagując w ten sposób okazałbym miłość sobie, ponieważ działałbym zgodnie z tym, co czuję (a nie zgodnie z tym, co wypada, czy zgodnie z tym, jak jestem uwarunkowany) i okazałbym szacunek dla własnego czasu oraz czasu innych osób, z którymi byłem umówiony do wyjścia w chwili, gdy zadzwonił telefon. Okazałbym w ten sposób miłość również owej dzwoniącej osobie, gdyż zamiast próbować ją ratować od razu z lekką dozą irytacji, że za chwilę powinienem wychodzić, mógłbym poświęcić jej znacznie więcej czasu i uwagi w późniejszym dogodnym dla nas obojga terminie.

Choć nie zrozumiałem tej lekcji w chwili samego zdarzenia, to zrozumiałem ją potem i wykorzystałem to zrozumienie w kolejnej sytuacji, która miała miejsce kilka dni później: nasz przyjaciel Dave, który przez tydzień mieszkał u nas w mieszkaniu, miał wylatywać w sobotę z Polski do Stanów. Choć spędziliśmy razem wspaniały czas, to byliśmy z Marią gotowi na odzyskanie swojej przestrzeni domowej dla siebie. Gdy dotarliśmy na lotnisko w sobotę rano okazało się, że nikt z nas nie zauważył, iż data na bilecie wskazywał piątek, a nie sobotę. Straciliśmy więc bilet i oto chwilę później wracaliśmy z Davem do naszego mieszkania. Dave miał się zająć kupnem nowego biletu, ale specjalnie się z tym nie spieszył. Ja powiedziałem mu tylko, że potrzebujemy teraz pełnego skupienia, żebyśmy mogli skończyć redakcję książki, nad którą właśnie pracowaliśmy. Dave odparł, że zajmie się sobą i nie będzie nam wchodził w drogę, po czym poszedł się zdrzemnąć, ponieważ był zmęczony. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że stłumiłem swoją irytację i nie byłem w pełni szczery. Nie chodziło mi przecież tylko o to, żeby Dave nie wchodził nam w drogę, ale żeby się wyprowadził. Gdy więc obudził się kilka godzin później, powiedziałem mu to wprost: „Wspaniale było być razem z tobą przez ten tydzień, ale potrzebujemy odzyskać swoją przestrzeń domową dla siebie. Proszę cię więc, żebyś zrobił co w twojej mocy, żeby wyprowadzić się do rana następnego dnia”. Tym razem udało mi się wykorzystać w sposób pozytywny energię gniewu, żeby wyrazić swoją prawdę – wyrazić to, co czuję. I to było formą miłości. Gdybym tego nie zrobił, obawiając się, że może to urazić Dave’a, być może kisilibyśmy się razem jeszcze przez parę dni, udając, że wszystko jest w porządku. Nie byłoby to dobre ani dla niego, ani dla nas. Dzięki jednak stanowczości i szczerości, na które się zdobyłem, Dave bardzo szybko i łatwo znalazł i kupił bilet lotniczy na następny ranek. Było to dobre i dla niego, i dla nas. Czas na udawanie „miłego” został skrócony i każdy z nas mógł stanąć w swojej prawdzie.

Sytuacja ta pokazała mi naocznie, że energia gniewu jest sama w sobie niewinną energią i jeśli jej nie tłumimy i nie wykorzystujemy do projekcji na innych, lecz pozwalamy jej w sobie płynąć bez oporu, to może nam ona pomóc w nawiązaniu kontaktu z własnymi uczuciami i w szczerym wyrażaniu swojej prawdy. Taka szczerość zaś nie rani innych – choć może być przez chwilę niewygodna dla ich ego – lecz pomaga im samym skontaktować się z ich własną prawdą – z tym, czego oni sami naprawdę chcą ponad uwarunkowaniami społecznymi. Przypominają mi się słowa Jezusa z Kazania na Górze: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37).

Złem w tym sensie jest kompromis, na którym opiera się cały matriks świata oddzielenia. Przyzwyczailiśmy się tak bardzo do gry w bycie „miłym” i dostosowywanie się do świata, kosztem własnych uczuć, że pomyliśmy to z empatią i miłością. Zaczęliśmy poświęcać własną prawdę w imię nieranienia innych. Gdy jednak boimy się zranić innych, to po pierwsze naszą motywacją jest lęk, a nie miłość, a po drugie zakładamy, że mamy moc ich zranienia, a to nieprawda. Każda dusza jest suwerenna i w każdej chwili sama podejmuje decyzję, jak chce się czuć. Gdy myślimy, że możemy wpłynąć na innych poprzez ich uszczęśliwianie lub odebranie im szczęścia, to tym samym wierzymy, że możemy im dać lub odebrać ich wolność. A to również nieprawda. Ich wolność jest niezbywalna.

Bardzo podobało mi się, jak to wyraziła pewna mała dziewczynka, którą jej mama wychowuje w duchu rodzicielstwa bliskości. Dziewczynka bawiła się w piaskownicy, a mama ją zawołała, żeby podeszła do niej do ławki i coś zjadła. Dziewczynka odparła, że jeszcze się bawi i nie jest gotowa na jedzenie. Pewna siedząca nieopodal pani chciała być pomocna i powiedziała dziewczynce, że powinna słuchać mamy, jak woła ją na jedzenie, bo inaczej jej mama będzie smutna, bo nie będzie mogła nakarmić jej ani leżącego w wózeczku braciszka i braciszek też będzie smutny. Gdy dziewczynka wróciła na ławkę, powiedziała ze spokojem i pewnością do owej pani: „Proszę pani, ja nie mogę wpłynąć na to, jak się czuje moja mama i mój braciszek”. Historia ta pokazuje zderzenie świadomości z nieświadomością. Jestem pewny, że pani strofująca dziewczynkę miała w swoim przekonaniu dobre intencje i chciała pomóc. Tak naprawdę jednak projektowała tylko na dziewczynkę swą własną nieświadomość.

Jeśli wiemy, że nie możemy zranić innych, czy to znaczy, że natychmiast będziemy szli po trupach, nie zwracając na nikogo uwagi. Oczywiście, że nie. Chodzi po prostu o działanie z poziomu miłości do siebie. Gdy kochamy siebie, może nawet zwracamy jeszcze większą uwagę na innych, ponieważ w każdym zauważamy też siebie. Zwracamy jednak na nich uwagę nie po to, by im było wygodnie w ich ego, ale właśnie po to, by ich kochać. A miłość raz może oznaczać pogłaskanie po głowie, a innym razem przewrócenie stołów w świątyni, w zależności od tego, jak Duch nas prowadzi, byśmy w danym momencie najgłębiej dotknęli prawdę duszy w drugim człowieku.

Często ludzie, którzy stracili kontakt z tą prawdą i działają pod wpływem uwarunkowania z przeszłości, myślą, że miłość do siebie samego jest równoznaczna z egoizmem. Może im się więc nie spodobać, że człowiek kochający siebie słucha głosu serca, ponieważ często podważa to ich własne uwarunkowane lękiem standardy i uświadamia im, gdzie oni sami nie słuchają swego serca. Miłość do siebie nie jest jednak krzywdząca dla nikogo, choć powtarzam – może być niewygodna dla ego. Tylko ego może być egoistyczne i oceniać działania innych jako egoistyczne. Miłość do siebie po prostu kocha. Nie ocenia nikogo i nie boi się oceny innych. Gdy kochamy siebie, automatycznie kochamy również innych – jedno z drugim idzie w parze. Kochanie siebie oznacza jednak, że nie gramy w grę współuzależnienia i nie dajemy się nabrać na iluzję bycia ofiarą. Kochamy siebie taka bardzo bosko samolubnie, że nie chcemy niczego poza prawdą – dla siebie i dla innych.